Dziś minął 6 dzień (o ile dobrze liczę) naszego pobytu na Bali. W związku z realnym zagrożeniem trzęsień ziemi na Sulawesi, postanowiłyśmy zwinąć się wcześniej i przeprawić się na Lombok, tak aby wreszcie odpocząć. To już prawie 2 tygodnie od wyjazdu z Polski, obecnie podobno zimowej.
Plan mamy taki, aby ten czas spędzić na błogim lenistwie, byczeniu się, bez konieczności wstawania o świcie, bez meczenia się oraz innych atrakcjach, które z perspektywy czasu mogą wydać się dość ryzykowne.
Dotychczas miałyśmy kilka przygód, które wspominamy mile, i tak po kolei: wyjście na dworzec w Bogor i odwrót dziewcząt, bo za dużo ludzi, którzy zapewne zechcą nas pożreć, jazda bemo ze strzechą na dachu (w sensie strzecha z liści jakiegoś drzewa, pewnie palmy, przyczepiona sznurem do dachu mikrobusu, czyli gdzieś na Jawie środkowej), wypłynięcie w morze, aby oglądać delfiny i burza nad nami, w momencie, gdy silnik łódki jest zalany, a do brzegu jeszcze ze 300 metrów, a co więcej pagaj jest tylko jeden, trekking na wulkanie Gunung Batur (1780 m n.p.m.), gdzie grań ma szerokość ok. 30 cm i jest ciutkę mokra oraz zejście do wioski, podczas którego Dorota zbiła sobie dupsko (zaatakowały ją trzmiele i zdekoncentorowała sie, podobno), które w chwili obcej od siniaków jest bardziej czarne niż porcelanowe.
Tak czy inaczej, wciąż mamy się dobrze, nie chorujemy, wprawdzie już dawno nie mamy whisky (tzn. ja i Dorota, a Agnieszka swoją wciąż trzyma na lepsze czasy), dziewczęta przekonały się do tutejszej kuchni, która im bardzo smakuje, sukcesywnie kupujemy gadzety, to jeszcze nie tęsknimy do zimnej Polski. Niestety, nie mogę zaprezentować zdjęc, gdyż tutejsze transfery są zbyt wolne na tego typu akcje, tak więc prezentacja nastapi najprawdopodobniej dopiero z domu.